Tasuil nadesłał artykuł: Witam wszystkich gorąco! Jakiś czas temu naszła mnie myśl napisania (własnoręcznie) tekstu parodiującego książkę/film Władca Pierścieni. No i napisałem, humor jest absolutnie absurdalny, część wydarzeń pochodzi z filmu, inne z książki, a reszta urodziła się w mojej głowie ;) Wsadziłem tu Prolog i 2 rozdziały. Zapraszam do lektury!
Oprócz Prologu i 2 kolejnych rozdziałów napisałem już następne, zatem jeśli będzie jakiś odzew, to być może wrzucę je na Cytadelę. Za wszelkie błędy winne są chochliki drukarskie. Dziękuję.
Ps. Kel-bimber i Narkotiktik to nazwy zastrzeżone ;)
Tom I
Władca Pierścieni:
Seria Niefortunnych Zdarzeń
Księga I
Prolog
W pewnej dziurce mieszkał hobbit. I nie była to dziurka pierwsza lepsza- wręcz odwrotnie, była to dziurka luksusowa. Znajdowała się pod ziemią, miała cztery łazienki, jedenaście pokoi, wielki holl, dużą kuchnię oraz to, za co hobbici kochali swoje dziurki najbardziej- spiżarnię pełną smakołyków, ale też nie do końca legalnych rzeczy. Obok sera i mięsa były tu bowiem maszyny, które w przedziwny sposób wytwarzały niezwykle mocny trunek, zwany przez hobbitów Kel-bimbrem. Picie alkoholu było zresztą tradycją w Hobbbitonie, podobnie jak palenie zioła… ups!… Zapędziłem się. No cóż, w takim razie powiem wam prawdę- zioło to, zwane Narkotiktik, było całkowicie zakazane w kraju hobbitów, ale któż by przestrzegał zakazów króla, o którym wieści nie było od przeszło pół wieku? W Hobbitonie nie znalazł się nikt, kto by w ogóle brał sobie do serca jakiekolwiek zakazy, a więc wszyscy pili i palili w najlepsze, biorąc z życia pełną garścią- ale też dużo zwracając.
Władza w Hobbitonie należała do burmistrza, którym zostawał hobbit, potrafiący najdłużej utrzymać się na nogach, w trakcie konkursu Picia Kel-bimbru, jaki co cztery lata organizowali hobbici. Był to nietypowy sposób wybory władzy, którego nie praktykuje się już w zbyt wielu krajach, wówczas jednak niezwykle popularny.
Jak wyglądali hobbici? Były to małe istoty, o gęstym owłosieniu występującym na całym ciele, a także znacznej nadwadze, wynikającej z braku ruchu i uwarunkowań genetycznych. Mieszkali w Hobbitonie od wielu pokoleń, a czas płynął tam bardzo wolno- lub wręcz nie płynął wcale, jako że hobbici nie mieli zegarków. Zamożniejsi hobbici mieli większe dziury, biedniejsi mniejsze, zaś najbiedniejsi mieli dziureczki i dziurzyska w wygryzionych przez mole ubraniach. Jeśli zaś chodzi o bieliznę to takowej nie noszono, bowiem, jak już mówiłem, hobbici mieli ogromny zarost na całym ciele, którego nie zrzucali, ani nie linieli, zatem wielu z nich używało włosów jako ubrań. Czasem robili sobie warkoczyki, lub wplatali we włosy kwiaty, jeśli dzień był odświętny. Hobbici mieli nieproporcjonalnie duże stopy, dlatego przez Wysokie Elfy zwani byli czasem „yetti”, co w języku Starożytnych znaczy mniej więcej „wielkie giery”.
Jeśli już wyobrażacie sobie jak wyglądał hobbit, to wyobraźcie sobie cała chmarę takich istot- ot, i macie Hobbiton! Jeśli zaś chodzi o samą krainę, to była ona brudna i zniszczona, porosła chwastami i dzikimi krzakami, ponieważ hobbici o nic nie dbali, zajmowali się tylko piciem i paleniem, za to byli przez cały czas radośni, szczęśliwi i odurzeni. Pracą parali się tylko kilka razy do roku i były to czynności związane z pozyskaniem Kel-bimbru oraz Narkotiktiku. A kiedy już znajdowali się pod wpływem tego i owego, to lubili wygłaszać długie przemowy, które zwyczajowo kończyli głośnym beknięciem- taki zwyczaj i już! Zresztą rasa ta miała całe mnóstwo zwyczajów co najmniej dziwnych, ale nie o tym jest ta powieść.
Powieść moja dotyczyć będzie Froda Bagginsa, który nie wie nawet, jakie go rzeczy czekają. Jeśli i wy nie wiecie, a jesteście w jakiejś mierze zainteresowani, to czytajcie dalej, a być może odkryjecie jego najbardziej intymne sekrety…
I Pomiędzy marchewką a kapustą
Frodo Baggins, jeden z najzamożniejszych hobbitów, właściciel Pagórka, siedział sobie pod drzewem pykając fajeczkę w słoneczny dzień, a obok radośnie latały motylki. Słyszał śmiech dzieci, ćwierkanie ptaków i kwiczenie zarzynanej na niedzielny obiad świni. Nagle motylki zamieniły się w krwiożercze bestie, brudnymi łapskami zaczęły ciągnąć Froda za włosy i wyrywać mu je spod pachy, poczuł ból i szybko się ocknął.
-Uff, to tylko halucynacje po Narkotiktiku- stwierdził Frodo z mozołem wstając spod drzewa.
Jego sielankę zakłócił śpiew, który chwilę wcześniej dotarł do jego uszu. „Konik, z drzewa koń na biegunach!!!”- wrzeszczał przeraźliwie piskliwy głos.
-Stary Gandalf nadjeżdża!- krzyknął Frodo.
Baggins wciągnął wielki brzuch i pobiegł prędko powiadomić swego wuja Bilba, o niespodziewanym gościu. Wybrał drogę na skróty, która prowadziła przez Stary Las, dlatego przybył pod Pagórek przed Gandalfem.
-Wuju! Wuju!- wpadł do domu ciężko dysząc- Gandalf Szary przyjechał!
Z pokoju siennego wyłonił się stary hobbit, całkowicie siwy. W ręce trzymał słoik pełen wszy, które właśnie wyskubał ze swoich bujnych włosów.
-Co takiego?- zapytał Bilbo starczym głosem.
-Gandalf jest w Hobbitonie!- krzyknął Frodo, aż szyby zabrzęczały.
-Kto?- zapytał głuchy wuj.
-No, ten co cię zabrał do smoka, co ci w 93’ spalił włosy na popiół i ogłuszył- rzekł Frodo zrezygnowany.
-Niech ja tylko dostanę bestię w swoje ręce!- krzyknął Bilbo energicznie potrząsając słoikiem i wysypując jego zawartość na bratanka- Ale Frodo, zaraz, przecież my tegu smoka ubili, to co un tu robi?
Nim młody Baggins zdążył odpowiedzieć, rozległo się głośne pukanie do drzwi. Cichutko podszedł i zapytał tubalnym głosem:
-Kto tam?
-Policja- rozległo się za drzwiami.
Frodo, niewiele myśląc, pobiegł do spiżarni, wziął cały zapas Narkotiktiku i spłukał w toalecie, mając w oczach łzy i obraz siebie w więziennym pasiaku. Kiedy wrócił do drzwi, zobaczył już w wejściu Gandalfa rozmawiającego z Bilbem. Stary Gandalf radośnie pomachał ręką w jego kierunku, przy czym niechcący spoliczkował Bilba, tak że ten dał parę kroków w tył i nadepnął na grabie, które boleśnie uderzyły go w głowę.
-Nie powinieneś spuszczać wuja z oczu, mój Frodo- rzekł Gandalf- w przeciwnym razie możesz mieć jego duszę na sumieniu.
-Witaj Gandalfie, rozgość się- odpowiedział hobbit przyjaźnie, przy okazji wprowadził też wuja do domu, który utykał na jedną nogę, bo właśnie przed chwilą nadepnął na gwóźdź. –Wystraszyłeś mnie z tą policją, Gandalfie- stwierdził Frodo- przez ciebie straciłem cały zapas Narkotiktiku- dodał z wyrzutem.
-Och, przepraszam cię mój Frodo, to był tylko żart. Przyjechałem świętować siedemset czwarte urodziny twego wuja, Bilba- wytłumaczył się poczciwy Czarodziej.
Miał długą brodę, spiczastą czapkę, długi, szary płaszcz, drewnianą laskę, sam zaś śmierdział potem, jakby od tygodni się nie mył.
Gandalf rozsiadł się wygodnie przy kuchennym stole, naprzeciwko niego usiadł Bilbo, zaś Frodo rozpalił ogień i wstawił wodę na herbatę. Poczuł nieprzyjemne swędzenie w różnych częściach ciała
-Wydaje mi się, mój Frodo, że obeszły cię wszy- Gandalf zerknął na przyjaciela, ale ten drapał się dalej milcząc- no cóż, prawdę powiedziawszy, to mam pewną sprawę do twojego wuja, Frodo- przerwał, licząc na pytanie, ale żadne nie padło, więc mówił dalej- Bilbo ma duże problemy ze słuchem, szczególnie w prawym uchu- stwierdził Czarodziej.
-A, rozumiem, chcesz mi niby wmówić, że zmartwił cię jego stan zdrowia, co?- zapytał Frodo wytrzeszczając oczy.
-Wiem, mój Frodo, że nie jesteś taki głupi na jakiego wyglądasz i że domyślasz się, że nie to mnie tu przywiodło. Przybyłem tu, ponieważ wiem, jak uleczyć twojego wuja- w jego prawym uchu utkwiło mu coś małego, co trzeba z niego wyciągnąć, aby lepiej słyszał. W tym celu wyjdźmy na dwór- zaproponował Gandalf i wyszli z domu.
Na zewnątrz Czarodziej wyjął z torby linkę holowniczą i zawołał swojego wierzchowca- króla Mearasów, białego rumaka w czarne kropki, spasionego Grubokopytnego. Była to raczej żywa baryłka niż zwierzę, ale Gandalf dawał jakoś radę na nim jeździć. Przywiązał linkę do ogona Grybokopytnego, na co ten zareagował dziwnym parsknięciem. Potem wtajemniczył Froda w swój plan:
-Ty przytrzymasz Bilba, ja włożę mu do prawego ucha haczyk z końca linki i powoli ruszę na Grubokopytnym, aby wyciągnąć z ucha twojego wuja to, co mu tam utkwiło.
Frodo zgodził się, ale równocześnie poczuł nieprzyjemny zapach dymu i już chciał coś powiedzieć, jednak pomyślał, że to pewnie zapach Gandalfa i tylko mocno chwycił oburącz Bilba. Akurat przechodził tamtędy Sam, przyjaciel Froda, który widząc zabawną scenkę stanął koło płotu i patrzył uradowany w ich stronę.
Gandalf powoli wsunął Bilbowi linkę do ucha, aż poczuł, że haczyk o coś się zaczepił, po czym wsiadł na wierzchowca i powoli ruszył do przodu. Staremu hobbitowi oczy wyszły z przerażenia na wierzch, ale nie mógł nawet krzyknąć, bo uścisk Froda go dusił. Nagle linka naprężyła się i zaczęła szarpać głowę Bilba na prawo i lewo, nienaturalnie ją wydłużać, tak, że Frodo musiał wzmocnić uścisk. Jednocześnie poczuł zapach dymu i spalenizny, ale pomyślał, że to z przemęczenia.
Gandalf, który odjechał już na znaczną odległość, krzyknął:
-Frodo! Gotowy? Uwaga, ciągnę!- wrzasnął i ruszył na Grubokopytnym galopem.
Frodo poczuł mocne targnięcie, wzmocnił uścisk jeszcze bardziej, aż ręce zeszły mu na szyję Bilba. Ten zaczął się szarpać i wykręcać, na co Frodo opowiedział:
-To dla twojego dobra Bilbo.
Nagle jednak poczuł targniecie tak silne, że wuj wysunął mu się z objęć i ryjąc w ziemi głową, ruszył ciągnięty przez galopującego Gandalfa.
-Nie!!! Stój!!!- krzyczał młody Baggins rozpaczliwie, ale Czarodziej już go nie słyszał.
Tymczasem Bilbo obijał się o kolejne głazy i skały, co jakiś czas zatrzymując na drzewie lub płocie. Ostatecznie, po około pół godzinie morderczej zabawy, zatrzymał go ostrokół dookoła farmy Magotta.
Przedmiot z jego ucha nie wydostał się. Gandalf i Frodo dobiegli do niego. Niestety stary hobbit wyzionął ducha.
-Bilbo, nieee- zaczął zawodzić Frodo.
Gdy Gandalf obejrzał Bilba bliżej, krzyknął:
-Durniu! Miałeś mu włożyć haczyk do prawego ucha, a ma w lewym!!!
-Przecież to ty mu go tam włożyłeś Gandalfie!
-Ja…Eh, cóż każdy ma prawo do błędu. Sprawdźmy, co ma w prawym uchu.
Gandalf pogrzebał chwilę w uchu hobbita i wyciągnął stamtąd mały, brudny, pożółkły pierścień.
-Jest twój, Frodo. Bilbo na pewno podarowałby ci go, gdyby wiedział, że go tam w ogóle ma. To on przedłużał mu życie. Cóż, w końcu i tak odszedł ze starości- Czarodziej przerwał i melancholijnie spojrzał w dal. Potem oddał Frodowi pierścień i wytarł ręce w kamizelkę Bilba.
Wtedy dobiegł do nich zdyszany Sam.
-Panie Frudo! Panie Frudo- krzyczał kaszląc.
-Nie wrzeszcz sam- rzekł Frodo karcąc go.
-Ale Panie Frudo, pański dom się pali- powiedział sam wskazując palcem na olbrzymie płomienie i dym unoszący się nad Pagórkiem.
Potem padły słowa niecenzuralne, które wypowiedział młody Baggins, a których nie ośmielę się przytoczyć z uwagi na powagę tej powieści.
Kiedy Frodo dobiegł na miejsce, Pagórek właśnie dogasał. Padł zrozpaczony na ziemię i zalał się łzami. Wtedy nadjechał Gandalf, wiozący na baryłce ciało Bilba.
-O cholercia, mój Frodo, teraz to masz problem. W jednym dniu straciłeś dorobek wielu pokoleń Bagginsów i ostatniego członka familii. To wstyd taka nieodpowiedzialność- stwierdził Czarodziej- no, ale z drugiej strony, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Zakopiemy gdzieś ciało Bilba, o na przykład w ogródku, a potem w eskorcie Sama ruszysz do Bree, gdzie spotkamy się za trzy dni w gospodzie.
-A co z tobą Gandalfie?- zapytał Frodo.
-Udam się jeszcze po radę do mistrza mojego zakonu. To mędrzec, pomoże nam. Muszę się dowiedzieć, co to za pierścień. Podejrzewam, że to legendarny Pierścień Władzy. Pod żadnym pozorem go nie zakładaj. No to dajcie całusa i lecę- niechętnie nadstawili staruchowi policzki, po czym odjechał galopem na Grubokopytnym.
-Trzeba gdzieś zakopać pańskiego wuja, Panie Frudo- powiedział Sam.
-Najlepiej w ogródku, pomiędzy marchewką a kapustą- nie bez ironii odparł Frodo.
II Rozdziobią nas kruki i wrony
Tego pięknego dnia słońce niemiłosiernie smażyło, tak że żaden ptaszek nie wzbił się w powietrze. Rzekłbyś iż był to dzień suchoty. Jednak nawet taki dzień może nakłonić niektóre umysły do myślenia, jak mawiają hobbici- „Kiedy czacha paruje, Kel-bimber nie skutkuje”.
W taki właśnie dzień, stary Czarodziej Saruman siedział sobie na isengardzkiej skale, zamyślony w cieniu olbrzymiej wieży. Zdawał się sięgać wzrokiem poza fizyczny świat. To właśnie w takim zamyśleniu zastał swego mistrza Gandalf, gdy dotarł do Isengardu. Zeskoczył żwawo z Grubokopytego, otarł spocone czoło rękawem, po czym podszedł do Sarumana.
-Późną to godzinę wybrałeś sobie Gandalfie, by przeszkadzać swemu przyjacielowi- stwierdził Saruman, po czym przełknął głośno ślinę- martwi mnie pewna sprawa, przyjacielu, otóż nie jestem pewien czy marchew też może mieć uczucia- spojrzał bystro na Szarego Czarodzieja i wstał ze skały.
Gandalf stał przez chwilę zdezorientowany, zastanawiając się czy to stwierdzenie z marchwią, to nie jest przypadkiem aluzja do śmierci Bilba, ale szybko zmienił temat.
-Nie przybyłem, by prawić o warzywach Sarumanie, chciałem się poradzić ciebie w sprawie Wielkiego Pierścienia Władzy.
Wyrok Białego Czarodzieja utkwił w spojrzeniu przyjaciela. Saruman rzekł z furią:
-Trzy pierścienie dla głupich elfów,
dla mnie tylko Jeden
siedem dla krasnoludów
i kobiet brodatych,
dziewięć dla śmiertelników, ludzi zawsze uległych,
Jeden dla Ociemniałego, na brudnym tronie,
W krainie Mordor, smród, brud i jęczenie!
Jeden co nic nie daje, Jeden co się nie nadaje
Jeden by wszystko rozwalić i ciążę rozwiązać
W krainie Mordor, smród, brud i jęczenie!
Gandalf patrzył na Sarumana z otwartymi ustami, ten zaś zrobił się cały czerwony na twarzy.
-Zawsze byłeś naiwny Gandalfie- stwierdził dobitnie.
-Musimy zniszczyć ten przeklęty pierścień! Mamy jeszcze czas!- krzyknął Gandalf.
-Czas? O jakim czasie mówisz?- zapytał Saruman.
Jako iż było już grubo po siedemnastej, to postanowili wejść do wieży i czegoś się napić.
Po pokonaniu tysięcy kamiennych stopni, dotarli do zatopionej w mroku sali, gdzie unosił się intensywny zapach siarki. Na środku stał piedestał, zaś na nim okrągły przedmiot zakryty ręcznikiem w zielone paski.
-Wiem więcej niż ci się wydaje, Gandalfie Szary- rzekł Saruman i z tryumfem spojrzał na Szarego Czarodzieja. Ten pozostawał jednak niewzruszony. –Umiem przewidzieć zamysły Ociemniałego!
-A ja umiem głośno bekać- pochwalił się Gandalf i beknął tak głośno, że aż z górnych okien wypadły szyby.
-Tu, na tym stole jest Palantir Gandalfie! Palantir! Nawet nie wiesz jakie rzeczy tu oglądam!- zachichotał Saruman i podsunął dwa krzesła pod piedestał.
Rozsiedli się wygodnie, po czym ściągnął ręcznik. Ich oczom ukazała się mała kula, wielkości tej do kręgli, błyszcząca metalicznym chłodem. Saruman zapukał trzykrotnie w kulę, wypowiadając hasło:
-Rozdziobią nas kruki i wrony.
Wtedy w Palantirze coś zaświeciło się, zamigotało i zgasło.
-Co jest? Zawsze działało- stwierdził Biały Czarodziej. Gandalf siedział wpatrzony w kulę. Saruman powtórzył cały proces, ale Palantir znów zgasł. Spojrzał pod nogi Gandalfa i powiedział:
-Przyjacielu, weź się bo siedzisz na kablu!
Szary Czarodziej przesunął się więc z krzesełkiem na drugą stronę, nie wstając, rysując Sarumanowi posadzkę i powodując głośny pisk. Potem Biały Czarodziej znów zapukał w Palantir, powtórzył hasło i ich oczom ukazała się Galadriela, Pani Lorien.
-Ty! Patrz tutaj- zachichotał Saruman.
-Bierze prysznic- stwierdził Gandalf, równocześnie przysuwając się bliżej Palantira.
Potem scena zmieniła się i zobaczyli Namiestnika Gondoru, Denethora, który właśnie siadał na toalecie. Gandalf wyrwał gwałtownie ręcznik z rąk Sarumana i zasłonił Palantir, dotykając go ręką. Przez chwilę poczuł na sobie przeszywające spojrzenie.
-Nie wiadomo, kto jeszcze może weń patrzeć!- głośno powiedział.
Saruman zaśmiał się złowieszczo, wstał, potem podszedł do swojego tronu przy ścianie i usiadł na nim.
-Skazałeś włochatego niziołka na śmierć, powierzając mu pierścień. Ale ty zawsze ochoczo poświęcasz tych, którzy są ci bliscy. Gandalfie, przyjacielu, wiedz, że Dziewięciu przekroczyło wczoraj Isenę, po tym jak wyruszyli z Minas Morgul!
-Frodo!- wrzasnął Gandalf, jakby go ktoś ukuł szpilką, po czym rzucił się w stronę drzwi.
Zamknęły się przed nim z hukiem i uderzył w nie głową z rozpędu.
-Au! Co jest?- zapytał Czarodziej chwytając się oburącz za głowę.
-Bądź rozsądny Gandalfie! Przyłącz się do Sarumana Białego i Saurona Ociemniałego!- zaproponował Saruman.
-Powiedz mi, przyjacielu- rzekł Gandalf z ironią- od kiedy to Saruman Mądry włazi w tyłek Sauronowi?
Saruman warknął i z olbrzymią furią ruszył ku Gandalfowi, wyjmując z kieszeni paralizator. W jego oczach rozgorzał gniew i dziki szał. Jego twarz oblała się gniewną purpurą.
-Nikt nie może odrzucić bezkarnie przyjaźni Sarumana- stwierdził.
-Co czynisz?- zapytał krótko Gandalf wystraszony, ale w tym momencie padł zaatakowany paralizatorem przez Białego Czarodzieja.
Legł jak kłoda na posadzce, nie mógł się ruszyć ani nic powiedzieć. Poczuł jak przeciwnik chwyta go za ręce i ciągnie w kierunku wielkiej, czarnej płyty na środku sali. Saruman ułożył tam Gandalfa, zaśmiał się niezwykle groźnie, potem zaś podbiegł do swego tronu i pociągnął ukrytą dźwignię do przodu. Czarna płyta okazała się wyrzutnią, a Gandalf wystrzelił w górę wieży.
-Uaaaa!- wrzeszczał widząc, że Saruman nie otworzył włazu na szczycie. Koniec był coraz bliżej, aż lecący Czarodziej uderzył twardo w sufit, po czy zaczął spadać znów wrzeszcząc.
Gandalf spadał, aż z hukiem wylądował na czarnej płycie. Saruman zdziwił się. Zachichotał, a następnie znów pociągnął ukrytą dźwignię, lecz tym razem wdusił także czerwony przycisk. Po długim locie Gandalf odzyskał przytomność i wyleciał przez otwór w suficie na świeże powietrze, którym się zachłysnął. Otwór zamknął się z łoskotem, tymczasem Czarodziej leciał coraz wyżej i wyżej.
Mógłby pewnie lecieć tak długo, ale prawa fizyki bywają nieubłagane, a więc w pewnym momencie bohater nasz zaczął spadać. A, że wszystko co spada, przyspiesza, to niemalże wbił się w szczyt wieży Sarumana, tracąc przytomność i wszystkie zęby.